Czy życie kończy się w momencie śmierci?

Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania,… [Koh 3,1-2a]

Czy życie kończy się w momencie śmierci?

Zbliża się wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada).  Dzień ten, to szczególny czas refleksji nad życiem, nad sobą, nad kresem życia ziemskiego i nad wiecznością. Późna jesień uczy mnie, jak żegnać i jak nadal kochać tych, którzy odeszli. Jesteśmy Ludem Bożym, Kościołem Chrystusowym, połączonym wzajemną miłością – modlitwą. Dlatego niech za tymi, którzy odeszli na drugą stronę życia,  idzie moja modlitwa, moje przebaczenie, moja miłość. I mimo, iż okres jesienny uczy pożegnań, chcę wierzyć, że miłość trwa wiecznie.

Ale również wiem, że życie ziemskie jest czymś wspaniałym. Dlatego tęsknota za bezkresnym trwaniem życia jest wyzwaniem dla mnie szczególnym i bardzo trudnym. Bo na co dzień doświadczam kruchości życia. Ciągle słyszę o śmierci. Ile to trzeba, by przerwać jego nić? Choroba, wypadek. I to, co powinno trwać, kończy się. Właśnie: czy się kończy? Czy trwa dalej? Czytam w Piśmie Świętym: „Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. Ponieważ bowiem przez człowieka przyszła śmierć, przez człowieka też dokona się zmartwychwstanie.  I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” [1Kor 15,20-22]. Zatem: kruche życie, kruche biologicznie, trwa w niepojęty dla nas sposób dalej. Posługuję się określeniami: zmartwychwstanie, niebo, życie wieczne… Mówię o czymś, czego nie doświadczyłem. Wierzę jednak, czekam, mam nadzieję. A nadzieja chrześcijanina zakotwiczona jest w Jezusie Chrystusie. Syn Boży stał się człowiekiem nie po to, by razem z ludźmi ponieść klęskę, przegrać tak po ludzku, czyli tylko umrzeć – lecz by nas poprowadzić ku pełni życia, ku zmartwychwstaniu.

Ta chrześcijańska nadzieja pozwala mi trwać w łączności z tymi, którzy odeszli z ziemskiego kręgu życia. Czuję ich obecność. Zwracam się do nich i wiem, że to nie tylko przywoływanie wspomnień, ale że to jakaś nieuchwytna nić łączy mnie z tamtym światem. Często wiem, że oni mnie potrzebują, że moja modlitwa, moje ofiarowane za nich odpusty a szczególnie Eucharystie mają moc oczyszczenia ich z grzechów, których nie odpokutowali. Ufam, że dobry Bóg zrozumie moje nieporadne prośby i da więcej, niż potrafię wypowiedzieć. Oczyma wiary widzę dalej i więcej. I to mnie zachęca do częstego odwiedzania grobów najbliższych i modlitewnej łączności z nimi. Ale także wierzę w świętych obcowanie, wierzę w ich wzajemne wstawiennictwo za mną, żyjącym tu na ziemi. W jedno więc splata się moja pamięć z modlitwą. Także materialne znaki pamięci – pomniki, kwiaty, znicze – stają się wyrazem mojej modlitwy za nich. Do końca nie wiem, czy w konkretnym przypadku jest to modlitwa o darowanie im ziemskich win, czy modlitwa ku ich chwale, bo już osiągnęli radość nieba. Pozostaje więc pełne ufności zawierzenie Stwórcy. Z tego zawierzenia winna wypływać także pełna odpowiedzialność za całość własnego życia: za czyny, słowa, a nawet za wewnętrzne decyzje. Pomóc w tym winna codzienna, szczera modlitwa do Matki Bożej „Zdrowaś Maryja”, w której proszę, by Ona wstawiała się za mną „teraz i w godzinę śmierci naszej”. Powierzać się także warto świętemu Józefowi, patronowi dobrej śmierci.

Zbigniew Stachurski

15.10.2017

Komentowanie jest wyłączone